Z Azji do Europy

      Od mojego szóstego maratonu w życiu mija prawie tydzień. Choć dopiero zaczynam pisać relację z tego biegu to już wiem, że będzie to najdłuższy wpis, jaki do tej pory pojawił się na tym blogu. Wiąże się z nim bowiem wiele emocji, wrażeń i wspomnień, które chciałbym utrwalić i którymi chciałem się tutaj z wszystkimi podzielić. Mam także nadzieję, że dla kogoś będzie to ogromną inspiracją do tego, by nie tylko odwiedzić to nadzwyczaj interesujące miasto, ale być może nawet przebiec w nim ten niepowtarzalny, wyjątkowy i jedyny na świecie taki maraton.

wp_20161113_09_56_35_pro

      To także mój szósty bieg zagraniczny. Były półmaratony w Brukseli, Wiedniu, Atenach, w międzyczasie był też bardzo wymagający i ważny dla mnie bieg na szczyt Monte Cassino we Włoszech.  W zeszłym roku pobiegłem swój pierwszy maraton zagraniczny w Budapeszcie i to właśnie po tym biegu w mej głowie pojawił się pomysł przebiegnięcia tego samego dystansu w Stambule. Szukałem nowego wyzwania, czegoś wyjątkowego, a maraton w tym mieście właśnie taki jest. To maraton, który zaczyna się na jednym kontynencie w Azji, a kończy na drugim w Europie. Na bieg zarejstrowałem się z dużym wyprzedzeniem już w styczniu. To najlepsza motywacja by zrealizować cel i doprowadzić swój plan do końca.  Niedługo potem załatwiłem większość formalności łącznie z lotem. Pozostało liczyć, że zdrowie dopisze, szlifować formę i odliczać czas do tego wydarzenia. Czasami miałem chwile drobnych wątpliwości czy dobrze robię i czy ryzyko nie jest zbyt duże. Lipcowa próba przewrotu, w której zginęły setki ludzi,  ataki terorystyczne, które od czasu do czasu zakłócają normalne życie w mieście oraz generalnie napięta sytuacja polityczna sprawiały, że czasami w mej glowie pojawiały się pewne obawy. Z drugiej strony miałem wrażenie, że po stłumieniu puczu podjęte środki ostrożności sprawiły, że poziom bezpieczeństwa w tym mieście znacznie się podniósł i paradoksalnie jest tam teraz bardziej spokojnie, niż było. Choć od tamtych dramatycznych wydarzeń minęło już kilka miesięcy to nawet dziś gdzie niegdzie można było zaobserwować opancerzone wozy policyjne i policjantów z długą bronią patrolujących ulice. Jeszcze bardziej widoczne jest to na lotnisku, gdzie trzeba poddać się licznym kontrolom.

wp_20161113_14_39_57_prowp_20161114_14_16_21_pro

      Do Stambułu przybyłem już w piątek i muszę przyznać, że od początku Stambuł nie był dla mnie zbyt łaskawy. Opóźniony lot, kłopoty z odnalezieniem bagażu, potem hostelu, taksówkarz, który licząc na moją niewiedzę usiłował namówić mnie na kurs i przekonać, że z miejsca w którym się znajdowaliśmy do hotelu jest 3 kilometry, a nie 400 metrów i aby się tam dostać koniecznie muszę użyć jego taksówki – to wszystko nie napawało optymizmem. Po kilku godzinach popytu w Stambule czułem się tym miastem już trochę zmęczony. Zmęczony, jakbym ten maraton już przebiegł. W hostelu na szczęście nie było już przykrych niespodzianek, choć ładnych kilka minut zajęło chlopakowi na recepcji potwierdzenie, że „tak, mój pokój jest i czeka na mnie”. Przez ten czas oczekiwania jego mina mówiła raczej „ooo, cholera, chyba mamy problem”. Podobnie, jak w przypadku innych dotychczasowych wyjazdowych biegów mogłem liczyć na bardzo międzynarodowe, egzotyczne towarzystwo w pokoju, tym razem w osobach Alexisa z Francji,  Cama, a właściwie Camerona z Kanady i kolegi z Japonii, którego imienia nie byłem w stanie powtórzyć już kilka minut po tym, jak mi się przedstawił. Każdy z nich pochodził z zupełnie innego zakątku świata, ale łączyło ich wszystkich podróżowanie i odkrywanie Europy. No i przez tych kilka dni Stambuł i ten nasz wspólny mały pokój.

wp_20161115_12_15_48_prowp_20161112_10_13_18_pro

      Sobota od rana bardzo intensywna. Wczesna pobudka i wyjazd po pakiet startowy. Ciężko jest się poruszać po Stambule. Niesamowite korki na ulicach i poczucie, że każdy chce Cię przejechać, gdy jesteś pieszym to wrażenia, których możesz tu doświadczyć. Po prawie półtoragodzinnym przeciskaniu się przez miasto udaje mi się w końcu dotrzeć do nowoczesnej hali sportowej Asli Çakir Alptekin, gdzie zlokalizowano Expo całej imprezy. Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie ono bardzo pozytywnie swoim rozmachem. Dzięki temu, że byłem tam jeszcze przed otwarciem udało mi się uniknąć kolejek i szybko po odbiorze pakietu mogłem w pełni skupić się na zwiedzaniu zlokalizowanych w hali stoisk, a przy okazji zrobić kilka pamiątkowych zdjęć. W międzyczasie porozmawiałem z jednym z tureckich biegaczy w średnim wieku, którego zainteresował fakt, iż jestem obcokrajowcem. Gdy dowiedział się że pochodzę z Polski łamaną angielszczyzną opowiedział mi o swoich dawnych polskich przyjaciołach z „Opol”…  znaczy się chyba z Opola, hmm? Po solidnej porcji darmowego makaronu, którego można się było najeść do woli i naładowaniu organizmu węglowodanami przyszła pora wracać do hostelu.

wp_20161112_11_30_43_prowp_20161112_10_29_09_pro

      Szybki prysznic, przebranie się i kolejny punkt na liście mojego pobytu w Stambule to jest spotkanie z moją szefową Havvą, która jest Turczynką i na codzień mieszka, żyje i pracuję w tym miescie. Osobiście widujemy się tylko kilka razy w roku. Tym razem pojawiła sie okazja na kolejne spotkanie, którą należało po prostu wykorzystać. Umówiliśmy się w bardzo malowniczej dzielnicy zwanej Bebek tuż nad Bosforem, gdzie zlokalizowano wiele pięknych i eleganckich restauracji i skąd można podziwiać piękne widoki na Bosfor i drugą azjatycką stronę miasta. Smaczny posiłek, spacer wzdłuż wybrzeża, rozmowa przy tradycyjnej tureckiej herbacie i pora wracać. Trzeba w końcu trochę odpocząć i przygotować się przed jutrzejszym biegiem.

wp_20161112_15_38_06_pro

      Dzień startu. Jeszcze nigdy przed biegiem nie wstawałem tak wcześnie. Nawet w Atenach, gdzie na start  Półmaratonu Posejdona musiałem przeciskać się z centrum na sam kraniec miasta nad morze mogłem pospać dłużej. Biorąc pod uwagę dwugodzinną różnicę względem polskiego czasu można powiedzieć, że na bieg musiałem wstać o 4 rano, a obudziłem się już nawet o 3:45. Generalnie w Stambule mialem problem ze snem. Podczas czterech nocy spędzonych w tym mieście, ani jednej nie spalem normalnie. Mimo to nie czulem w ogóle senności, ani zmęczenia. Tym razem obudził mnie deszcz, który od samego rana intensywnie lał się z tureckiego nieba. Nie była to dobra wiadomość. Prognozy zapowiadały na ten dzień ochłodzenie i byłem na to przygotowany, ale do tego opady? Choć lubię biegać w deszcz, to jednak w połączeniu z oczekiwanym chłodem i tak długim dystansem tym razem mogłaby się to dla mnie okazać ściana nie do przebicia.

wp_20161113_16_43_46_pro

      Gdy już dotarłem na legendarny plac Taksim podstawione tuż obok centrum kultury Ataturka zwanego „Ojcem Turków” autobusy zawiozły nas na drugą, azjatycką stronę Stambułu. Deszcz jakby zelżał. Zacząłem się przebierać. Brak zorganizowanej szatni sprawił, że każdy sam szukał dla siebie jakiegoś dogodnego miejsca. Ja rozłożyłem swoje rzeczy na ułożonej na poboczu „w kostkę” stercie przęseł siatkowego płotu.  Gdy po kolej zakladałem następne elementy swojego stroju nagle z koperty wysunął mi się chip i poprzez oczka siatki wylądował mniej więcej w środku ułożonej z tych przęseł kostki. Zdębiałem. Próbowałem podnieść metalowe elementy. Sam byłem w stanie unieść jedynie kilka z nich. Poprosiłem kogoś stojącego obok o pomoc. Po chwili spontanicznie w ratowanie mojego chipa zaangażowana była już solidna turecka ekipa. Udało się podnieść wszystkie potrzebne przęsła do tego, by wsunąć rękę i sięgnąć po moj chip. Ładnie podziękowałem za pomoc i mogłem odetchnąć z ulgą. „Uff. Pięknie się ten dzień zaczyna” – pomyślałem. „Miało być pogodnie, a pada, teraz to. W końcu mamy trzynastego. Cóż może się więc jeszcze wydarzyć? Wolę już nawet nie myśleć.”

wp_20161113_08_06_10_prowp_20161113_08_21_49_pro

      Nadeszła godzina 9:00, moment startu. Wielotysięczne morze biegaczy, którzy już za moment pobiegną na dystansach 42, 15, oraz 10 kilometrów, albo wykorzystają tą specjalną okazję i przemaszerują ośmiokilometrową trasą z jednego brzegu na drugi w ten jedyny w roku moment, gdy most jest otwarty dla ruchu pieszego. Nie miałem specjalnych oczekiwań co do wyniku. Bogaty o poprzednie doświadczenia już wiem, że życiówki mogę sobie bić w Warszawie, maratony i półmaratony zagraniczne to zupełnie inna historia. Zmęczenie podróżą, zwiedzaniem, nocowaniem w hostelu, często trudne trasy, mało sprzyjające warunki atmosferyczne – to wszystko sprawia, że poprzeczka jest ustawiona zdecydowanie dużo wyżej i potrzeba być w naprawdę dobrej dyspozycji, by powalczyć o rekord. Ja w takiej nie byłem na pewno. Poprawiona życiówka miesiąc temu na 38 Maratonie Warszawskim, sprawiła, że nastąpiło pewne rozprężenie, a słaba pogoda w ostatnich tygodniach także nie pomagała dobrze sie przygotować. Nie miałem też dużej potrzeby. W tym roku po Maratonie Warszawskim czułem się w pełni spełnionym maratończykiem i obiecałem sobie, że tym razem pobiegnę by cieszyć się bieganiem i swoim  pobytem w tym pięknym, zupełnie egzotycznym dla mnie mieście. Po prostu go przebiec w zdrowiu i z radością. Wynik schodził na dalszy plan.

wp_20161113_09_12_08_prowp_20161113_09_55_32_pro

      Pierwsze kilometry raczej spokojnie, udało mi się nawet zrobić wiele pięknych zdjęć z trasy. Deszcz przestał już padać, a z za chmur coraz śmielej wyglądało słońce. Biegło mi się bardzo dobrze. Z uśmiechem na twarzy i coraz większą ekscytacją minęliśmy stadion Besiktasu. Fanem tureckich zespołów nie jestem, ale dla kogoś, kto przez wiekszość życia pasjonował się piłką nożną i to był dla niego sport numer jeden, obiekty piłkarskie zawsze wzbudzają sentyment i zaintersowanie. Tuż obok po przeciwnej stronie ulicy przepiękny Pałac Dolmabahce. Pałac ten wybudowany w połowie XIX wieku był pierwszym pałacem w tym mieście w stylu europejskim. Z założenia miał sprawiać wrażenie na zagranicznych gościach, dlatego wzorowano go na Luwrze i Pałacu Buckingham.  Kilka kilometrów dalej mijamy Wieżę Galata, zwaną także Wieżą Chrystusa, wybudowaną w XIV wieku jako część fortyfikacji ówczesnej kolonii Genui. Pierwsze problemy pojawiły się koło siedemnastego kilometra. Komfort biegu znacznie sie obniżył, choć nie wzbudziło to we mnie większego niepokoju. Zwykle, nawet gdy biegnę tylko półmaraton jest to dla mnie trudny moment i okolice 16,17 kilometra znoszę nienajlepiej. Słońce zaczynało przygrzewać coraz mocniej. Skreciliśmy w stronę portu Yenikapi.

wp_20161113_10_49_01_prowp_20161113_09_54_41_pro

      Gdy minęliśmy półmetek rozpoczął się odcinek, który dał się chyba wszystkim najbardziej we znaki. Około 10 kilometrów wzdłuż wybrzeża pod górę i pod wiatr.  Co chwilę mijałem kolejnych biegaczy, którzy albo szli, albo próbując gdzieś na poboczu odnaleźć w sobie jeszcze odrobinę energii na dalszy bieg przeżywali swoje własne, osobiste dramaty. W pewnej chwili z naprzeciwka zauważyłem gest pozdrowienia jednego z biegaczy. Ropoznałem koszulkę Legii.  Już wiedziałem – Polak. Na mecie spotkaliśmy się ponownie, okazało się, że ma na imię Piotr. Słońce wbrew prognozom momentami przygrzewało naprawdę mocno. Zastanawiałem się, czy długi rękaw to był dobry pomysł na ten bieg.  Z drugiej strony od czasu do czasu wiatr wiał tak silnie, że cieszyłem się, że mam dodatkowe okrycie chroniące organizm przed chłodem. Czekałem tylko kiedy ten morderczy podbieg się skończy. Ściana na 30 kilometrze nabierała dla mnie zupełnie nowego znaczenia, choć ciągle miałem siły by kontynuować normalnie bieg. Wiedziałem, że muszę to przetrwać, a potem będzie już dużo łatwiej, bo po nawrocie czeka mnie przynajmniej tyle samo dystansu z wiatrem w plecy. W końcu nadszedł ten moment. I rzeczywiście. Po nawrocie biegło się dużo łatwiej, choć jak na złość wiatr jakby się uspokoił. Od 32 kilometra zaczęły mnie łapać skurcze w lewą nogę. Od 35 co chwilę łapały mnie już w obie. Było już naprawdę ciężko. Myśl, która pojawiła się z godzinę wcześniej, by może jednak powalczyć o poprawę zeszłorocznego wyniku z Budapesztu się oddalała, by w końcu zupełnie zniknąć. Liczyłem bogaty o doświadczenia z wielu biegów, że może końcówka będzie z górki i wtedy będzie już dużo latwiej. Czekałem na ten moment. Tym razem było jednak zupełnie inaczej. Ostatnie dwa kilometry to mocne mordercze podbiegi. Chyba tylko świadomość, że już za chwilę meta i ten bieg się skończy pozwalała mi przetrwać, dodawała energii i chęci na kontynuowanie biegu. Przebiegliśmy przez Park Gulhane. Podobno to właśnie tutaj w 1928 roku Ataturk przedstawił po raz pierwszy, jak wkrótce będą wyglądały litery alfabetu tureckiego, o czym informowały ówczesne gazety, pisane jeszcze literami osmańskimi.

wp_20161113_13_31_14_pro

      Wśród publiczności usłyszałem polski doping. Młody chłopak widząc polskiego orła na mojej koszulce próbował dodać mi otuchy. To był jedyny polski kibic, jakego wypatrzyłem na trasie całego maratonu, ale jego doping pojawił się chyba w najlepszym możliwym dla mnie momencie. Uśmiechnąłem się do niego skinając głową. Chwilę potem turecki kibic krzyknął po angielsku, że zostało mi już tylko 400 metrów. Przyspieszyłem więc mocno. Na finiszu zawsze są siły cokolwiek by się nie działo chwilę wcześniej. Wyprzedziłem jeszcze kilku zawodników na ostatniej prostej i w końcu minąłem metę zlokalizowaną na Hippodromie, miejscu spotkań i sportowych zmagań starożytnych Rzymian, Bizancjum oraz obywateli Imperium Osmańskiego, tuż między Błękitnym Meczetem, a Egipskim Obeliskiem.

wp_20161113_15_02_46_prowp_20161113_14_28_10_pro

      Potwornie zmęczony, jeszcze bardziej szczęśliwy chwilę musiałem odetchnąć by dojść do siebie. Siedząc na trawie w głębi serca przeżywałem jeszcze momenty tego biegu. Gdy już trochę odpocząłem i miałem się już powoli zbierać się do hostelu nagle niespodziewanie natknąłem się na swojego kolegę z pokoju – Cama, który wraz z parą naszych australijskich sąsiadów z pokoju obok pojawili się na mecie maratonu podczas zwiedzania stambulskich zabytków. Teoretycznie zwiedzanie to byl mój plan dopiero na następny dzień, ale korzystając z tego spotkania oraz faktu, że jestem w najpiękniejszych miejscach Stambułu postanowiłem kontynuować zwiedzanie z wraz z grupą znajomych. Nogi trochę bolały, ale generalnie czułem się już dobrze. Odwiedziliśmy Meczet Sultanahmet, chwilę potem muzeum Haghia Sophia. To w przeszłości świątynia chrześcijańska, potem meczet. Budynek uważany za najwspanialszy obiekt architektury i budownictwa całego pierwszego tysiąclecia naszej ery. Była to najwyższa rangą świątynia w Cesarstwie Bizantyjskim, katedra patriarsza oraz miejsce modłów i koronacji cesarzy. Nazwa znaczy dosłownie „Boża Mądrość” i odnosi się do jednego z atrybutów Boga. Do hostelu wróciliśmy na piechotę. Rozpierała mnie radość, ale i duma, które przyćmiewały zmęczenie. To był bez wątpienia najtrudniejszy, ale i najbardziej interesujący maraton, z tych które dotychczas udało mi się przebiec.

wp_20161113_14_47_44_prowp_20161113_14_48_42_pro

      Poniedziałek, tak jak planowałem to dzień poświecony na zwiedzanie. Nie czułem dużego zmęczenia.  Nogi też wydawały się już być w porządku. Po kilku dniach popytu w tym mieście w końcu je pokochałem, nauczyłem się także po nim poruszać. Niestraszne mi już były ogromne  odległości, korki, gwar, hałas, niesamowite tempo. Jeszcze raz miałem możliwość zobaczyć wiele z  tych miejsc, ktore widziałem w biegu popdrzedniego dnia.  Tym razem już na spokojnie, bez pośpiechu. Udało mi się też dotrzeć na legendarny Grand Bazar, jeden z największych tego typu obiektów w Turcji. Wtorek, ostatni dzień pobytu to czas rozstania ze Stambułem. Jeszcze tylko pożegnalne pamiątkowe zdjęcie z legendarnego Taksim Square, na którym akurat odbywały się jakieś uroczystości państwowe wraz z wojskową orkiestrą, trochę pamiątkowych zakupów i można powoli kierować się w stronę lotniska. Czas powiedzieć do widzenia Turcjo… hoşça kal. To była naprawdę wspaniała przygoda i momenty, ktore na zawsze zostaną w mojej pamięci.

2016.11.13 Stambuł (TUR) Maraton – 38 VODAFONE EURASIA ISTANBUL MARATHON – 4:17:47

wp_20161115_10_49_58_pro

Więcej zdjęć:

Reklamy

Symbolicznie

      Podobnie jak rok temu, tak i tym razem zbliżającą się rocznicę odzyskania niepodległości na sportowo świętowałem w podsiedleckim Skórcu, uczestnicząc w II Biegu Niepodległości na dystansie 5 kilometrów. Choć to mała, kameralna impreza to jednak startując tam w poprzedniej edycji do domu ze sobą zabrałem wiele pozytywnych wrażeń i miłych wspomnień. To dobra okazja by spotkać licznych znajomych biegaczy, porozmawiać i przyjemnie spędzić czas. Postanowiłem więc wybrać się tam także i tym razem. Współorganizatorem i ambasadorem imprezy jest Grupa Biegowa Skórzec Biega, w której mam wielu przyjaciół i z którymi moje drogi często krzyżują na różnego rodzaju zawodach. Od czasu do czasu goszczą mnie również na swoich treningach. Bieg ten staje się ważnym wydarzeniem w życiu ich gminy, w które angażuje się także cała lokalna społeczność.

wp_20161106_15_07_19_prowp_20161106_15_05_57_pro

      Wielką niewiadomą wydawały się być warunki atmosferyczne. Listopad to czas, gdy mróz i śnieg nie są już niczym nadzwyczajnym. Choć temperatury w ostatnich dniach są raczej nadal dodatnie to jednak prognozy nie były zbyt optymistyczne. I rzeczywiście rano padał deszcz. Na szczęście w czasie biegu pogoda była już wręcz idealna do szybkiego biegania. Zanim wystartowaliśmy, podobnie jak poprzednio, delegacja biegaczy wraz z oficjelami złożyła kwiaty pod skórzeckim pomnikiem niepodległości oraz odśpiewaliśmy wszyscy Mazurka Dąbrowskiego. Po oficjalnej części biegacze przeszli na start, gdzie rozpoczęła się już rywalizacja sportowa.

wp_20161106_13_55_58_pro

     Dla mnie ten bieg miał wymiar głównie symboliczny. Nie miałem ani formy, ani chęci by się tu mocno ścigać i walczyć o życiówki. Podstawowym celem było uczczenie rocznicy oraz spotkanie kolegów i miłe spędzenie czasu. W ostatnich miesiącach w ogóle nie trenowałem tego dystansu. Ostatni raz 5 km biegałem w maju. Nie chciałem też ryzykować jakąś kontuzją tuż przed zbliżającym się maratonem. Zacząłem więc raczej spokojnie. Po pierwszym kilometrze trochę przyspieszyłem. Biegło mi się stosunkowo dobrze. Trzeci kilometr to najtrudniejszy moment tego biegu. Asfaltowa droga zmieniła się nagle w leśną polną, piaszczystą ścieżkę. Szybko to odczułem. Tempo trochę spadło,  a biegło się coraz trudniej. Dopiero na ostatnim kilometrze, gdy wybiegliśmy z lasu można było wykrzesać z siebie jeszcze odrobinę energii i znacznie przyspieszyć. Po kilkusetmetrowym mocnym finiszu wpadłem w końcu na metę.

untitledbwp_20161106_14_32_36_pro

      Gdy emocje sportowe już opadły, wszyscy najlepsi odebrali już swoje puchary i dyplomy. Nastąpiło losowanie nagród dla pozostałych biegaczy.  Czekała na mnie miła niespodzianka, gdyż tym razem uśmiechnęło się do mnie szczęście i udało mi się wylosować piękny album Zenona Żyburtowicza „Szlacheckie gniazda” z fotografiami dworów szlacheckich w Polsce. Będzie to wspaniała pamiątka z tego biegu, a być może kiedyś także inspiracja do kolejnych wypraw rowerowych. Zobaczymy…

2016.10.15 Skórzec (POL) 5km – II BIEG NIEPODLEGŁOŚCI – 21:57

wp_20161106_15_58_37_prowp_20161106_15_55_53_pro

Prawie górski, czyli powrót do lasu

      Podobnie, jak w zeszłym roku połowa października to czas, gdy startuję w podsiedleckim rezerwacie Gołobórz w Biegu Prawie Górskim organizowanym przez siedlecką grupe biegową Yulo Run Team. Próżno w Siedlcach szukać gór i nie jest to klasyczny bieg ultra, jednak start w tych zawodach także może być dużym wyzwaniem. Na dwóch pięciokilometrowych okrążeniach przewyższenie wynosi około 200 metrów. Trasa naszpikowana jest stromymi podbiegami. Gdy się je osiągnie często nie ma czasu na odpoczynek, gdyż chwilę potem pojawiają się równie strome zbiegi, po których tętno ociera się o maksima. Piach, gałęzie, drzewa to także stawia biegaczom poprzeczkę bardzo wysoko. Ważną rolę odgrywają też warunki atmosferyczne. Po bardzo deszczowym i zimnym tygodniu prognozy zapowiadały ocieplenie i ładną pogodę. Jednak zamiast słońca od rana było dość pochmurno, zimno i przede wszystkim wietrznie. Na szczęście w gęstym lesie wiatr biegaczom bardzo nie przeszkadzał.

14691965_10206245448849571_4947934574914685554_owp_20161015_10_35_03_pro

      Nie miałem oczekiwań co do wyniku sportowego. Po Maratonie Warszawskim, gdzie udało mi się osiągnąć życiowy rezultat nastąpiło pewne rozprężenie treningowe. Również fatalna pogoda w ostatnich tygodniach nie działała motywacyjnie na regularność treningów. W tym roku zresztą krótsze dystanse zupełnie odpuściłem. Dziesięć kilometrów na zawodach ostatni raz w tym roku biegłem w lutym. Ostatnie miesiące to były przede wszystkim przygotowania do półmaratonu i maratonów. Nie wiedziałem więc do końca na co mnie stać i postanowiłem potraktować tą imprezę głównie towarzysko i treningowo.

wp_20161015_12_46_30_prowp_20161015_12_12_55_pro

      W końcu nadszedł moment startu. Początkowo biegło mi się bardzo swobodnie i luźno. Jednak już przed końcem pierwszej pętli, czyli w połowie dystansu zaczęło się robić ciężko. Wydawało mi się, że moje tempo nie było bardzo wysokie. Starałem się nie przeszarżować na początku, ponadto nie licząc na bardzo dobry wynik na starcie ustawiłem się raczej z tyłu, a na pierwszych kilometrach, gdy stawka nie była jeszcze dość rozciągnięta na wąskich leśnych ścieżkach zdarzyło mi się kilka razy utknąć za wolniejszymi biegaczami, co mocno mnie spowolniało. Mimo tego trudna trasa i liczne podbiegi sprawiały, że biegło się coraz mniej komfortowo. W połowie drugiej pętli było już naprawdę ciężko. Z niepokojem czekałem na dwa strome podbiegi, które były jeszcze przede mną. Udało się je pokonać, choć momentami miałem ochotę się po prostu zatrzymać i przejść w marsz. Na szczęście nie było takiej potrzeby. Mimo narastających kłopotów regularnie przesuwałem się do przodu wyprzedzając kolejnych zawodników. Gdy na ostatniej kilkusetmetrowej prostej w oddali wypatrzyłem metę udało się jeszcze wykrzesać odrobinę nieodkrytych do tej pory pokładów energii na bardzo mocny finisz. Ścigałem się z jednym z zawodników, z którym przebiegłem większość trasy. Podobne tempo mieliśmy niemalże od samego początku. Czasem ja byłem z przodu, czasem musiałem gonić, zamienialiśmy się pozycjami wielokrotnie. Tuż przed ostatnią prostą to ja miałem stratę około 5 metrów. Choć zniwelowałem ją i przez moment biegliśmy niemalże w jednej linii ostatecznie na mecie to ja musiałem uznać Jego wyższość. Satysfakcja z pięknej walki do końca jednak została. Docenili ją także kibice.

kopia-wp_20161015_11_57_00_pro

      Będzie to miłe wspomnienie, podobnie zresztą jak cały III Bieg Prawie Górski.  Impreza rozwija się zarówno pod względem organizacyjnym, jak również jeśli chodzi o poziom i coraz silniejszą obsadę. Tak, jak rok temu była to znakomita okazja, by miło spędzić czas i spotkać wielu biegowych przyjaciół. Wynik sportowy schodzi w tym przypadku na dalszy plan, choć i z niego powinienem być zadowolony. Był to też na pewno mocny trening, który z pewnością zaprocentuje, a przecież w tym roku przede mną jeszcze dość duże wyzwanie. Niemalże dokładnie za miesiąc czeka mnie ostatnia ważna impreza w tym roku, a mianowicie Maraton w Stambule. Nie liczę tam na żadne rekordy i świetne wyniki i będzie to klasyczny bieg na zaliczenie, to jednak to zawsze maraton. Łatwo więc nie będzie.

2016.10.15 Siedlce (POL) 10km – III BIEG PRAWIE GÓRSKI – 51:13

wp_20161015_13_02_35_pro

A jednak

      Gdy niemalże dokładnie rok temu zmierzałem pewnym krokiem bramą Stadionu Narodowego na metę 37 Maratonu Warszawskiego myślałem, że będzie to już mój ostatni maraton ulicami naszej stolicy. Przynajmniej na jakiś czas. Wiedziałem, że już za chwilę złamię czas czterech godzin i uda mi się osiagnąć wynik, o którym kilka lat wcześniej nawet nie marzyłem i wydawał się dla mnie zupełnie nieosiągalny. Ponieważ było to swoiste pożegnanie Maratonu Warszawskiego ze Stadionem Narodowym, który przez kilka ostatnich lat stał się integralną częścią tego wydarzenia, pomyślałem, że będzie to także moje pożegnanie z tą imprezą. Jednak im bliżej było września tym w mej głowie pojawiała się coraz częściej myśl, by pobiec raz jeszcze. W końcu decyzja została podjęta, a kluczowy okazał sie fakt, że byłoby to dobre przetarcie przed drugim maratonem zaplanowanym na ten rok, a który odbędzie się w listopadzie w Stambule.

14463121_1300328110009814_2552120222999376894_n

      W tym roku nie było specjalnych przygotowań. Poprzednim razem całe lato podporządkowałem temu startowi i celowi , który mi przyświecał, by w swoim 3 maratonie w życiu pokonać czas czterech godzin. Przez trzy miesiące poprzedzające start przebiegłem przeszło 1100km, poświęciłem wiele czasu, energii, dałem z siebie dużo więcej, niż mogłem dać. W tym roku było zupełnie inaczej. Choć całe lato biegałem regularnie i często to jednak swoje aktywności dzieliłem także z jazdą na rowerze. Dopiero ostatnie tygodnie to były długie wybiegania, ale też co najwyżej 25km. Ostatni dobry start w  Półmaratonie podczas Biegu Jacka w bardzo trudnych upalnych warunkach był dla mnie dużym zaskoczeniem i tknął we mnie wiele wiary, że z formą nie jest tak źle, to jednak miałem też świadomość, że maraton rządzi się swoimi prawami i to nie jest wystarczające by walczyć o rekord życiowy na tym dystansie. Zresztą nie miałem nawet bardzo takiej potrzeby. Po zeszłorocznym biegu czułem się spełnionym maratończykiem i tym razem miałem pobiec spokojnie i na luzie, jeśli można tak o biegu w maratonie w ogóle powiedzieć. Stres i trema jest bowiem zawsze, narasta coraz bardziej im bliżej biegu. Sytuację komplikowała także mała kontuzja pleców, która pojawiła się tydzień przed startem. Nagła zmiana temperatury i brak rozgrzewki sprawiła, że chyba naciągnąłem mięsień. Pozostało mieć nadzieję, że delikatny ból nie przeszkodzi w swobodnym bieganiu. Na wszelki wypadek cały tydzień już odpoczywałem.

2

      Pierwszy dylemat pojawił sie dzień przed startem. Pogoda ostatnio trochę się popsuła. Zastanawiałem się wiec jak się ubrać. Chłodu bałem się chyba bardziej niż dystansu. Długi rękaw? Może krótki? Decyzję postanowiłem odłożyć na ostatnią chwilę. Gdy jednak rano okazało się, że bedzie dużo cieplej niż jeszcze dzień wcześniej sprawa stała się jasna. Na starcie długo zastanawiałem się, w której strefie czasowej się ustawić. W głowie mialem 1000 różnych pomysłów na ten bieg.  Pytanie który jest właściwy? W pewnym momencie natknąłem się na naszego wielokrotnego mistrza olimpijskiego Pana Roberta Korzeniowskiego. Ostatni raz spotkałem go wiosną na Półmaratonie Warszawskim. Wówczas skończyło się to poprawą swojego rekordu życiowego. Pomyślałem, że może to dobry omen i tym razem. Długo jednak wahałem się czy ustawić się na w strefie na 4:30 by spokojnie, ale godnie ukończyć ten dystans, czy też może powalczyć ryzykując, że może zakończy się to zupełną klapą. Ostatecznie postanowiłem spróbować zastrzegając sobie samemu, że jeśli tylko tempo to będzie okazywało się dla mnie za szybkie i trudno będzie mi utrzymać komfort biegu to po prostu odpuszczę i zwolnię, bez niepotrzebnego szaleństwa.

1

      W końcu start. Pierwsze kilometry biegło mi się zupełnie przyjemnie tuż za pacemakerem. Po 5 kilometrze zacząłem jakby tracić. Pomyślałem, że dzisiaj chyba nic z tego nie będzie. Gdy jednak strata ustabilizowała się i miałem go cały czas w zasięgu wzroku postanowiłem jeszcze nie odpuszczać. Konsekwentnie, ale cierpliwie zmniejszałem dystans. Przed 10km byłem już znowu tuż za nim. Kolejne kilometry mijały, po 17 zacząłem mijąć coraz liczniej maszerujących, pierwszych z tych, dla których początkowe tempo okazało się za szybkie.  Bałem się o swoje plecy, te jednak wcale mi nie przeszkadzały. Bolały tylko wtedy, gdy przypominałem sobie, że przecież powinny boleć. Bardziej dokuczał mi miesień dwugłowy lewego uda.

3

      Do polowy dystansu biegło mi się naprawdę dobrze, nie czułem większych problemow. Przeciwnie, po 20km zacząłem naprawdę wierzyć, że stać mnie tu dzisiaj na świetny wynik. Niestety im bardziej o tym myślałem tym biegło mi się coraz gorzej, znowu traciłem dystans do pacemekera, chociaż cały czas miałem go w zasięgu wzroku. Postanowiłem więc nie myśleć o tym, tylko po prostu robić swoje. Przez kolejne kilometry moja strata do pacamakera wynosiła kilkadziesiąt metrów, czasem trochę mniejsza , czasem trochę większa.  Gdy po paru kolejnych kilometrach opanowałem ten mały kryzys postanowiłem przyspieszyć i zblizyć się. Wydawało mi się, że biegnę szybciej, ale albo to było złudzenie, albo pacamaker przyspieszył jeszcze mocniej, gdyż dystans wcale się nie zmniejszał. Dopiero koło 28 kilometra byłem znowu tuż za nim. Starałem się sumiennie korzystać z każdego bufetu, dużo pić, dużo jeść. Czułem się zaskakująco dobrze.

7

      Pogody lepszej sobie wymarzyć nie mogłem. Nie było zimno czego bardzo się obawiałem, z drugiej strony słońce niemalże cały czas kryło się za chmurami. Okolice 33 kilometra często są najtrudniejszym momentem dla biegaczy, ale ja nie czułem kryzysu. Przeciwnie świadomośc, że biegnę na życiowkę i jest już tak blisko dodawała mi skrzydeł. Próbowałem nawet przyspieszyć i oderwać się od pacamekera, bez skutku jednak. 35 kilometr , 36, 37… cały czas czułem się dobrze, a moja wiara stawała się coraz większa. Gdy minęliśmy 39 km pomyślałem, że to jest ten moment. Postanowiłem raz jeszcze przyspieszyć. Tym razem pacemaker został już z tyłu, a ja gnałem do mety ile tylko zostało mi sił. Wiedziałem już, że nie tylko walczę o poprawę swojego rekordu, ale nawet o złamanie czasu 3:50. Czułem się naprawdę szczęśliwy i to chyba ta świadomość dodawała mi energii i skrzydeł. Jeszcze tylko ta kilkusetmetrowa prosta, metę widać już w oddali, a potem medal, radość, duma. Nigdy bym nie przypuszczał, że to się może wydarzyć. Wiele rzeczy złożyło się na ten mój osobisty sukces. Choć to lato nie było tak intensywne biegowo jak poprzednie to jednak na treningach zostawiłem i tak wiele sił, potu i energii. Gdy do tego dołoży się, odrobinę szczęścia,  idealną pogodę, szybką trasę i dobre decyzje to wtedy łatwiej zrozumieć to co się wydarzyło, choć i tak muszę przyznać, że trudno mi w to uwierzyć.

4

      A sama impreza? No cóż Maraton Warszawski bez Stadionu Narodowego to zupełnie coś innego. Trochę szkoda, bo jednak stadion nadawał temu wydarzeniu niesamowity klimat i otoczkę. Z drugiej strony, mam wrażenie, że tegoroczna trasa była nie tylko szybsza, ale i dużo piękniejsza. Cieszę się, że ostatecznie zdecydowałem się na ten start. Dał mi on naprawdę wiele radości sportowych, ale to była także chyba jedyna okazja do tego, by w jednym miejscu w jednym czasie spotkać tylu biegowych przyjaciół: Mariusza (i jego żonę Klaudię) poznanego podczas wyjazdu na Bieg Monte Cassino, Ewę poznaną na półmaratonie w Brukseli, czy też Macieja, z którym zdobywaliśmy Wiedeń. Kolejne duże wyzwanie już za 6 tygodni. Do Stambułu pojadę już jednak raczej na wycieczkę, a nie po rekord.

2016.09.25 Warszawa (POL) 42,195m – 38 PZU MARATON WARSZAWSKI  – 3:48:08

8

Z pomocą dla Kasi

      Blisko trzy miesiące minęło od mojego ostatniego oficjalnego biegu. Po emocjach związanych ze startem w bardzo ważnej dla mnie sztafecie maratońskiej Ekiden oraz firmowym turnieju piłkarskim w Budapeszcie przyszło pewne rozluźnienie i mimo, iż całe lato regularnie biegałem postanowiłem zrobić sobie przerwę w zawodach. W tym czasie poza rekreacyjnym bieganiem treningowym oddawałem się także rowerowym szaleństwom. Jesień jednak podobnie jak to bywało w latach poprzednich to maratony, a Bieg Jacka jest dla mnie idealnym i sprawdzonym już etapem przygotowań. Start w rodzinnym mieście to także świetna okazja do spotkania wielu niewidzianych od dawna znajomych. Wydarzenie to wpisało się już na stałe do mojego kalendarza, nie mogło więc mnie zabraknać również i w tym roku.

911

      Tym razem nie miałem wiekszych oczekiwań co do wyniku. Biegłem raczej dla satysfakcji i aby miło na sportowo spędzić czas. Wykorzystując ten fakt postanowiłem dodać swojemu występowi dodatkowy aspekt i przyłączyłem się do akcji charytatywnej w ramach programu „PKO Bank Polski Biegajmy razem” na rzecz 23-letniej Kasi. Kasia zmaga się z guzem mózgu. Mimo operacji, radioterapii i chemioterapii nie ma poprawy. Szansą jest dla niej specjalistyczne leczenie, na które zbierane są pilnie środki. Cóż należało zrobić? Naprawdę niewiele. Wystarczyło zarejstrować się, przypiąć na plecach do koszulki specjalną kartkę z napisem  „biegnę dla Kasi”, dotrzeć z nią do samej mety, a pokonane kilometry zostaną wówczas przeliczone na konkretne wsparcie finansowe w postaci darowizny Fundacji PKO Banku Polskiego.

52Foto: Bieg Jacka

      Jeszcze niedawno wydawało się, że tegoroczne lato to już przeszłość. Aura jednak postanowiła spłatać figla. Ostanie dni wakacji przyniosły upalny podmuch prawdziwego lata. Prognozy na ten dzień zapowiadały temperatury około 30 stopni i bezchmurne niebo. Na rozgrzanym asfalcie prawdopodobnie było jeszcze dużo cieplej. Ponadto trzymiesięczna przerwa w intensywnych treningach sprawiła, że tak naprawdę nie wiedziałem na co mnie stać. W takiej sytuacji podszedłem do biegu dość ostrożnie. Na starcie ustawiłem się za pacemakerem na 1:50 i rozpocząłem w tym tempie. Wkrótce po kilku kilometrach postanowiłem go jednak wyprzedzić. Biegło się dość dobrze, czułem się dość komfortowo. Pierwszy mały kryzys  tradycyjnie pojawił sie około 7, 8km kilometra.  Kolejne trudności pojawiły się na kilometrze 12, jednak podobnie jak poprzednie szybko minęły. Starałem się korzystać regularnie zarówno z kurtyn wodnych, jak i bufetow i to była recepta na dobry bieg w takich warunkach. Po 14 kilometrze czułem się bardzo dobrze i postanowiłem zdecydowanie przyspieszyć. Od tego momentu zacząłem się mocno przesuwać do przodu mijając coraz większą  ilość zawodników, którzy najwyraźniej nie wytrzymywali tych naprawdę trudnych warunków. Już do samego końca biegło mi się stosunkowo dobrze. Dopiero na ostatnim kilometrze poczułem już spore zmęczenie. Udało się jednak wykrzesać jeszcze trochę sił na mocniejszy finisz. Czas? 1:47:03. To ponad dwie minuty wolniej, niż w zeszłym roku, ale biorąc pod uwagę warunki i fakt, że tym razem nie było specjalnych przygotowań muszę być (i jestem) bardzo zadowolony. Niespodziewałem się takiego wyniku. Celowałem w godzinę i pięćdziesiąt minut, wyszło więc dużo lepiej, a biorąc pod uwagę trudne warunki biegło mi się naprawdę komfortowo. Bardzo dobrze rozłożyłem siły, co rzadko mi się zdarza, dzieki temu przesuwałem się do góry w klasyfikacji na każdym z pięciokilometrowych odcinków (od 166 miejsca po 5km, do 92 na mecie wśród około 320 osób, które ukończyły). Dodatkowo cieszę się, że przez swój start moglem pomóc Kasi. Mam nadzieję, że uda się wkrótce zebrać wszystkie potrzebne środki na leczenie, a osobiście mam satysfakcję, że i ja przez swój bieg dorzuciłem do tego swoją cegiełkę. Życzę Jej dużo zdrowia. Teraz już tylko treningi i odliczanie dni do Maratonu Warszawskiego. Został niespełna miesiąc…

2016.08.29 Siedlce (POL) 21,098 VII BIEG SIEDLECKIEGO JACKA – 1:47:03

3Foto: Fotopussle team – Robert Sawicki