Wszystkie wpisy, których autorem jest gallileo79

W pogoni za słońcem

      Nie miałem zbyt wielu wątpliwości, co będzie moim kolejnym sportowo-podróżniczym wyzwaniem. W zeszłym roku po kwietniowym półmaratonie w Atenach oraz listopadowym maratonie w Istambule rozsmakowałem się w bieganiu pod palmami, w słońcu i nadmorskim klimacie. Długa zima i tęsknota za wiosną i piękną pogodą jeszcze tylko spotęgowały to uczucie i pragnienie. Być może dlatego tym razem decyzję podjąłem dość szybko ograniczając listę do Cypru i Malty. Ostatecznie wybór padł na 32 Vodafone Malta Half Marathon.

      Malta to niewielki kraj na Morzu Śródziemnym. Ciekawostką jest fakt, że jest to najdalej na południe położone państwo Europy, a stolica Malty, Valetta jest wysunięta w kierunku równika nawet bardziej, niż niektóre stolice państw Afryki Północnej, jak na przykład Tunis, stolica Tunezji, czy też Algier, stolica Algierii. Malta ma bardzo długą historię. Cywilizacja zaczęła rozwijać się tam już ponad 7000 lat temu. Współczesna Malta jest krajem rozwiniętym o bardzo wysokim wskaźniku rozwoju społecznego oraz dobrej jakości życia. Tamtejszy klimat charakteryzuje się krótkimi, bardzo łagodnymi zimami oraz 300 dniami słonecznymi rocznie.

      Z niecierpliwością oczekiwałem na ten wyjazd. Choć w tym roku raczej nie nastawiam się na bieganie na wyniki to jednak ten konkretny bieg chciałem potraktować bardzo poważnie i powalczyć o rekord życiowy na tym dystansie. Zachęcała mnie do tego podobno dość szybka trasa. Przynajmniej tak to wyglądało „na papierze”. Przygotowania rozpocząłem już od samego początku roku i choć starałem się w nie mocno angażować, wkładać dużo serca i determinacji to jednak nie byłem z nich zadowolony. Przedłużająca się zima i przeciągające się drobne, ale uciążliwe dolegliwości lewej nogi nie pozwalały mi dać z siebie tyle, ile bym chciał i na ile liczyłem. Czas nieubłaganie mijał, a forma nadal była daleka od oczekiwanej. W pewnym momencie chyba już straciłem nadzieję na powodzenie, chciałem się poddać i pogodzić się, z faktem, że najlepszym moim wynikiem na tym dystansie przynajmniej na razie pozostanie ten uzyskany na zeszłorocznym XI Półmaratonie Warszawskim (1:43:38). Postanowiłem po prostu powalczyć, dać z siebie wszystko i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja, ale wiary w jakiś bardzo dobry wynik tak naprawdę za wiele chyba już nie było, mimo iż trasa miała być przecież sprzymierzeńcem.

      Na Maltę docieram w piątek późnym wieczorem. Już w samolocie wyczuwam atmosferę biegowego święta. Myślę, że blisko kilkudziesięcioosobową grupę wśród pasażerów samolotu stanowią biegacze. Wśród nich także czterosobowa reprezentacja klubu Zmęczeni na Starcie Dobiegniew, czyli Tomek, którego poznałem kilka tygodni wcześniej wraz z Sandrą, Iwoną i Grzegorzem. Jest też Piotr z zaprzyjaźnionej warszawskiej grupy Trucht Tarchomin. O tym jednak dowiem się dopiero później, na mecie biegu. Początki nie są łatwe. Okazuje się, że rozkład jazdy miejskich autobusów żyje swoim własnym życiem i komunikacja miejska na Malcie czasami kursuje po swojemu. Część z nas decyduje się w tej sytuacji wziąć taksówki. Reszta cierpliwie i wytrwale czeka. W końcu po godzinie jakiś autobus przyjeżdża i ruszamy w drogę do hostelu. Wspólne czekanie, a potem jazda autobusem sprzyja nawiązaniu nowych znajomości. Dzięki temu poznaję grupę biegaczy z Kielc. Okazuje się, że zakwaterowani jesteśmy bardzo blisko siebie. Nasze drogi podczas pobytu na Malcie jeszcze wiele razy będą się krzyżować.

      Sobota to głównie czas zwiedzania. Pakiety odebrać można dopiero od godziny 15. Postanowiłem więc wykorzystać tą sytuację na długi poranny spacer po Malcie. Wyspa jest stosunkowo niewielka, odległości są bardzo małe, a wiele atrakcji turystycznych rozlokowanych jest w blisko siebie. Można więc śmiało zaryzykować pieszą wycieczkę. Z miasteczka Sliema nad zatoką St. Julien’s, gdzie zamieszkałem postanawiam pójść wzdłuż wybrzeża według wcześniej szczegółowo rozpisanego planu. Mijam wieżę San Ġiljan, potem Fort Tigne, w oddali po drugiej stronie wody na wyspie o tej samej nazwie wspaniale prezentuje się okazały Fort Manoel. Fort ten został zbudowany w XVIII wieku przez Zakon Maltański. Mocno zniszczony w czasie drugiej wojny światowej, dziś jest w dobrej kondycji. Po drodze w miejscu, gdzie organizatorzy rozstawiają już powoli metę spotykam nowych przyjaciół z Dobiegniewa. Chwilę rozmawiamy, wymieniamy pierwsze wrażenia, robimy kilka zdjęć. Potem idąc dalej docieram do Msidy. To bardzo malownicza okolica. Moją uwagę przyciąga przede wszystkim prześliczny tutejszy kościół – Msida Parish Church, a także wiele mniejszych, ale bardzo kolorowych budynków, które nadają tej miejscowości wyjątkowy urok. Po blisko trzech godzinach marszu i zwiedzania docieram do stolicy wyspy Valetty. To chyba jedno z ciekawszych miejsc na Malcie. Miasto to wpisane jest na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest tu wiele wspaniałych atrakcji wartych zobaczenia. Skupiam się na kilku z nich, takich jak na przykład Kościół Świętego Publiusa, pierwszego biskupa Malty, czy też upamiętniający ofiary II Wojny Światowej obelisk War Memorial. W sobotę jednak na dłuższe zwiedzanie nie ma już czasu. Wrócę tu w poniedziałek. Krótka przerwa na odpoczynek i lokalną specjalność, czyli tak zwaną Pastizzi i pora wracać. Decyduje się na prom, którym w kilkanaście minut dopływa się z powrotem do Sliemy.

      Po południu w hotelu Meridien nad zatoką St. Julian’s, gdzie zlokalizowano biuro zawodów znowu spotykam same znajome twarze, poznaje nowe jak na przykład Pana Tadeusza. Dopiero po powrocie do kraju dowiem się z kim tak naprawdę właśnie mam przyjemność. Miłe rozmowy, uśmiechy, wymiana wrażeń, odbiór pakietu, inne formalności i powrót do hostelu na zasłużony odpoczynek. Wcześnie rano czeka mnie przecież pobudka. I tak jestem szczęściarzem. Maratończycy swój bieg zaczynają jeszcze dwie godziny przed nami. Potem nasze drogi zejdą się i finiszować będziemy już wspólnie.

      Start biegu zaplanowany został w Mdinie, zwanej kiedyś Silent City, gdzie zabierają nas specjalne autokary. To położona w centralnej części wyspy dawna stolica Malty. Jest to średniowieczne miasto z wąskimi, cichymi uliczkami, położone na wzgórzu, skąd roztacza się szeroki widok na wyspę. Miasteczko zamieszkane obecnie przez kilkusetosobową grupę stwarza wrażenie opuszczonego. Panuje tu cicha i przyjemna atmosfera. Normalnie teren ten wyłączony jest z ruchu kołowego. Towarzyszy mi Miłka, kolejna biegaczka z Polski poznana w hostelu, w którym zamieszkałem. Krótka wspólna wycieczka małymi uliczkami, kilka zdjęć. Na dłuższe zwiedzanie nie ma czasu.

      Nadszedł moment startu. Barwna międzynarodowa fala biegaczy z całego świata ruszyła na trasę. Na początku pogoda wręcz idealna do biegania. Słońce schowane za chmurami i delikatny wietrzyk. Stosunkowo ciepło, ale nie gorąco. Pierwsze kilometry mocno z górki. Paradoksalnie jednak nie jest to zbyt duże ułatwienie. W licznej zwartej grupie nie można się rozpędzić na zbiegach. Trzeba mocno uważać, a momentami wręcz hamować, by uniknąć kolizji z innymi biegaczami. Po opuszczeniu Mdiny pierwsze kilometry wiodą przez pola uprawne i winnice. W końcu kilkutysięczna stawka biegaczy rozciąga się. Wówczas na zbiegach jest już dużo łatwiej. Biegnie się całkiem przyjemnie. Słońca jeszcze nie ma, powiewa delikatny wiatr, który chłodzi coraz mocniej rozgrzane ciała biegaczy. Uraz, który tak bardzo mnie niepokoił nie daje o sobie znać wcale. Może to kwestia dobrej rozgrzewki, a może po prostu adrenalina robi swoje. Wiedząc, że druga połowa dystansu jest już dużo trudniejsza staram się wyrobić jak największy zapas czasowy, ale nie przesadzam. Staram się zachować komfort swobodnego biegu. Mija kilometr za kilometrem. Na półmetku jest naprawdę dobrze. Dalej trasa wiedzie przez znane mi już miasteczka Valettę, barwną Msidę. Słońce jest już coraz wyżej, a wiatr coraz częściej i mocniej wieje w twarz. Od piętnastego kilometra zaczynają się kłopoty. Czas jak na moje możliwości jest nadal rewelacyjny, biegnie się jednak coraz trudniej. Stromych zbiegów już w zasadzie nie ma, coraz częściej pojawiają się krótkie, ale bardzo wymagające podbiegi. Słońce grzeje coraz mocniej. Ostatnie 4 kilometry wzdłuż wybrzeża. Pojawia się coraz większy kryzys. Jakaś starsza Pani wśród publiczności krzyczy: „Go, go, go, last metres”. Dodało to otuchy, chociaż tylko na chwilę. Wiem przecież, że tak naprawdę zostało jeszcze co najmniej 3 kilometry. Nogi coraz cięższe, oddech coraz głębszy. Nie kontroluje już czasu. Po prostu biegnę ile mam sił. W końcu w oddali dostrzegam metę. Przed nami jeszcze jednak długa prosta. Ten ostatni kilometr strasznie mi się dłuży, jakby nigdy miał się nie skończyć. Nagle tuż przed sobą zupełnie niespodziewanie dostrzegam Tomka. Dogoniłem go. Obaj mieliśmy próbować biec na podobny czas (1:43), ale wcześniej nie widzieliśmy się na trasie ani razu. Ostatnie kilkaset metrów finiszujemy w zasadzie razem. Jeszcze tylko ostatni zryw i upragniona meta. Mijając ją już w zasadzie wiem – 1:43 złamane. Cel, choć jeszcze kilka dni wcześniej wydawał się raczej nieosiągalny zostaje zrealizowany. Jest rekord. Chwilę potrzebuję by dojść do siebie. Chyba nie wyglądam najlepiej, ale na pytanie służb medycznych czy wszystko w porządku odpowiadam „yes, of course”. Jestem naprawdę szczęśliwy. Minie jeszcze pare godzin zanim wrócę do hotelu. Chce się nacieszyć tą imprezą, tą atmosferą, tym swoim sukcesem, wymieniam wrażenia, kibicuję innym.

      Po krótkim odpoczynku w hostelu wieczór spędzam już na mieście w towarzystwie Zmęczonych na starcie.  Długi spacer wzdłuż wybrzeża, mały posiłek, miła rozmowa, żarty. Wymieniamy wrażenia i wcześniejsze doświadczenia, wspominamy inne swoje biegi, poznajemy się bliżej. Okazuje się, że Iwona i Grzegorz mają w przeszłości całkiem bogatą karierę sportową za sobą. Jest naprawdę sympatycznie, pora jednak wracać do hostelu i położyć się spać. To była niedziela pełna wrażeń, najwyższy czas odpocząć. Jutro przecież ostatni, ale również bardzo intensywny dzień przede mną.

      Staram się wykorzystać jak najlepiej ten czas. Choć lot powrotny mam dopiero wieczorem od rana jestem już na nogach. Zaraz po opuszczeniu hotelu znowu spotykam „Zmęczonych”. Chyba jesteśmy na siebie skazani na tym wyjeździe, ale to bardzo fajnie, bo naprawdę miło spędzało nam się razem czas. Jeszcze z godzinę wspólnie pospaceruję z Nimi by ostatecznie wsiąść na prom i popłynąć do Valetty, by rozpocząć ostatni akcent odkrywania tej prześlicznej wyspy. Spacerując urokliwymi uliczkami, mijając Narodowe Muzeum Wojny docieram do Fortu St. Elmo. Jest on najbardziej znany z roli, jaką odegrał podczas najazdu osmańskich Turków i tak zwanego wielkiego oblężenia Malty w 1565 roku. Trochę dalej zlokalizowany jest upamiętniający 7000 maltańskich ofiar II wojny światowej wielki jedenastotonowy Dzwon Oblężenia. Podążając dalej docieram do Dolnych Ogrodów Barraka. Największe wrażenie robi tu na mnie grobowiec-pomnik vice-admirała Aleksandra Johna Bella. Trochę dalej zlokalizowane są Górne Ogrody Barraka. Można tu zobaczyć chociażby tak zwaną Salutting Battery, czyli Baterię Powitalną. Codziennie w południe, członkowie Malta Heritage Society (ubrani w mundury Artylerii Brytyjskiej) oddają salut armatni. Jest tam też wiele popiersi i monumentów wybitnych ludzi, w tym na przykład popiersie Sira Winstona Churchilla. Nieopodal odnaleźć można także tak zwane The Lascaris War Rooms. Ten kompleks podziemnych tuneli i komnat stanowił kwaterę główną podczas obrony Malty w czasie drugiej wojny światowej. Potem był używany przez NATO, aktualnie został udostępniony szerszej publiczności jako muzeum. Idąc dalej docieram Auberge de Castillle, czyli Zajazdu Kastylijskiego. To dawne miejsce zamieszkania rycerzy zakonnych kawalerów maltańskich. To w tym budynku miesiąc temu spotkali się europejscy przywódcy podczas nieformalnego szczytu Unii Europejskiej w sprawie imigrantów i uchodźców, o czym przypomina znajdująca się tam tablica pamiątkowa. Ostatni punkt wycieczki po stolicy to brama miejska, która od 1569 roku służy za główne wejście do Valetty. Teraz już tylko szybka wyprawa na plażę nad zatoką Pretty Bay. To jeden z najbardziej wysuniętych na południe zakątków Malty, nieopodal lotniska. Pomyślałem, że jeśli coś nazywa się Pretty to musi być piękne. I rzeczywiście. Piękne wybrzeże, jasno błękitna woda, słońce, palmy, sporo restauracji. Wspaniałe wrażenie zakłóca trochę port w oddali, ale i tak jest bardzo urokliwie. Odpocznę tutaj chwilę i potem spacerkiem ruszam w drogę na lotnisko. Czas powiedzieć Malcie do widzenia. To była naprawdę wspaniała przygoda. Kolejny kierunek jest już znany. To będzie wrzesień i również słoneczne Porto.

      Na sam koniec warto jeszcze na chwilę wrócić do osoby Pana Tadeusza. Nasze drogi na Malcie krzyżowały się kilka razy. Miałem też okazję spotkać go na lotnisku już przed samym wylotem. Rozmawialiśmy wówczas dośc długo, wymienialiśmy wrażenia, Pan Tadeusz opowiadał o swoich odczuciach i doświadczeniach z innych biegów. Skromna, bardzo sympatyczna osoba. Nie byłem jednak do końca świadomy z kim mam tak naprawdę przyjemność. Dopiero po powrocie do Polski dowiedziałem się, że Pan Tadeusz Dziekoński, bo tak ma na nazwisko to żywa legenda polskiego maratonu. Ma na koncie 323 ukończone maratony. Stara się pobiec ten królewski dystans we wszystkich (tam gdzie jest to możliwe) stolicach Europy. Do pełnej listy zostało mu jedynie sześć. Jest Mistrzem Świata Weteranów w biegu na 100km z Gibraltaru w 2010 roku. Także na Malcie był najlepszy w swojej kategorii mężczyzn powyżej 65 roku życia. Aktualnie pełni funkcję wiceprezesa Polskiego Związku Weteranów Lekkiej Atletyki. Jest także w zasadzie jednym w Polsce atestatorem tras. Mierzy nie tylko polskie, ale i zagraniczne trasy np. Maraton w Dubaju czy Seulu. Poznać Pana Tadeusza to była prawdziwa przyjemność i duży zaszczyt.

2017.03.05 Malta (MAL) 21,098 km – 32 VODAFONE MALTA HALFMARATHON – 1:42:42

Reklamy

U Pana Bogdana – Finał

      Przyszedł moment na ostateczne rozstrzygnięcia naszego zimowego biegania w zawodach Pana Bogdana. Choć generalnie w tegorocznej edycji szło mi dużo gorzej, niż poprzedniej byłem bardzo ciekaw swojego startu i wyniku w ostatnim etapie. Przez ostatnie trzy tygodnie trochę podkręciłem tempo i wziąłem się zdecydowanie mocniej za treningi chcąc się dobrze przygotować do marcowego półmaratonu. Zacząłem biegać w szybszym tempie, wplatając w to także elementy interwałowe. Miałem głęboką nadzieję, że choć do marcowego startu zostało jeszcze trzy tygodnie to jednak pewne efekty będzie widać już teraz. Planem było pobiec około dwóch minut szybciej niż ostatnio.

16683999_1139724026140618_3618401751506570310_n

      Pogoda w tej edycji nie była sprzymierzeńcem dobrych rezultatów. Poza pierwszym etapem wszystkie pozostałe odbywały się w zimowej mroźnej atmosferze i na mocno ośnieżonej trasie. Dziś było dokładnie tak samo. W tych trudnych warunkach zacząłem dość ostrożnie. Po kilku kilometrach postanowiłem przyspieszyć, udało się wyprzedzić kilka osób. Na podbiegach jak zwykle bywało ciężko, ale generalnie czułem się naprawdę dobrze. Nie tylko nie czułem żadnych kryzysów, ale wręcz odwrotnie, miałem wrażenie, że drzemią we mnie jeszcze pokłady energii. Biegłem dość szybko. Starałem sie nie tylko utrzymywać to tempo, ale momentami nawet przyspieszać by na mecie zameldować się z naprawdę dobrym czasem. Być może to mnie tym razem trochę zgubiło. Zbyt mocno skupiłem się na rezultacie, za mało na tym co dzieje się wokół mnie. W mocno zaśnieżonym lesie pomyliłem trasę. W punkcie gdzie oznaczony był ostatni kilometr zamiast skrecić w lewo zagapiłem się i po prostu pobiegłem prosto. Jakież było moje zdziwienie, gdy kilkaset metrów dalej wybiegłem w grupę osób, które wcześniej zostawiłem daleko z tyłu. Nie było sensu się już wracać. Poniesione straty były na tyle duże, że postanowiłem kontynuować bieg. Wyprzedziłem jeszcze kilkanaście osób, ale motywacja już zdecydowanie spadła i pojawiło się rozluźnienie. Samą końcówkę pobiegłem już spokojniej. Tylko ostatnie kilkaset metrów mocno przyspieszyłem i w końcu po wszystkich tych perypetiach i po przebiegnięciu blisko 12 km osiągnąłem metę.

16684200_1139729736140047_1220821579980039380_n

      No cóż. Bywa i tak. Pozostaje mi się po prostu uśmiechnąć. Na szczęście nie walczyłem o żadne wyższe cele, bo byłoby troszkę szkoda. A tak? Pobiegłem po prostu prawie dwa kilometry dodatkowego treningu. Za gapiostwo się płaci, w tym wypadku za karę musiałem jeszcze raz pokonać ten długi, najbardziej wymagający podbieg, który naprawde potrafi dać się we znaki. Szukając pozytywów mogę powiedzieć, że mimo wszystko ten bieg daje mi wiele optymizmu i z nadzieją mogę patrzeć w najbliższe tygodnie przed półmaratonem. Do szczytu formy jeszcze daleko, ale widać ogromny progres. Porównując poszczególne czasy i tempo wydaje się, że ostatnie cięższe treningi procentują i że gdyby nie przygody na trasie udałoby się osiągnać założony na starcie cel z nawiązką.

2017.02.12 Siedlce (POL) 10km – BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI ETAP V FINAŁ – 1:03:50

16640657_1139746776138343_961377215734759420_n16684315_1139755459470808_8905140203464100613_nZdjęcia: Dariusz Sikorski

U Pana Bogdana – Etap IV

      Minęły dwa tygodnie i przyszła pora na kolejny, czwarty już etap naszego siedleckiego biegania w zawodach Pana Bogdana. Tym razem warunki dużo lepsze. Mrozy odpuściły, tempretaura delikatnie powyżej zera, pogodnie, choć rano była jeszcze mała mżawka. Podobnie jak ostatnio specjalnych oczekiwań co do wyniku nie miałem. Mimo to wydawało mi się że powinienem pobiec dużo szybciej, niż dwa tygodnie temu. Co prawda nie czułem się dzisiaj rano najlepiej. Z drugiej strony warunki do biegania były dziś dużo lepsze.  Niska temperatura nie przeszkadzała już tak mocno, a i śniegu dużo mniej. Choć ciągle zalegał na trasie to jednak był on w dużej mierze odgarnięty, co sprawiało, że było łatwiej. Może właśnie dlatego podświadomie zacząłem mocniej, niż ostatnio. Szybko jednak moje tempo spadło. Już od czwartego kilometra mocno się męczyłem, a każdy podbieg był nie lada wyzwaniem. Pierwsza połowa przebiegnięta jeszcze w kilkuosobowej grupie. Druga pętla niemalże cała w samotności. To sprawiało, że musiałem bardzo uważać, by nie zgubić trasy. Było kilka momentów zawahania któredy pobiec, na szczęście udało się uniknąć większych przygód. Do tego spadła motywacja. Gdy biegniesz w towarzystwie łatwiej się zmobilizować do walki i bardziej wzmożonego wysiłku. W samotności momentami zaczyna tego brakować. Jeszcze tylko krótki finisz i meta. Czas 52:12. Pół minuty szybciej, niż dwa tygodni temu, ale myślałem, że będzie troszkę lepiej. Czasem zdarza się gorsze samopoczucie i dyspozycja, i to chyba spotkało mnie dzisiaj. Z drugiej strony nie ma się też co usprawiedliwiać. Prawda jest taka, że ostatnio troszkę sobie pofolgowałem z treningami szybkościowymi i wydolnościowymi, a jeśli zależy mi na dobrym wyniku na Malcie, a chyba mi zależy, to trzeba wziąć się jednak trochę bardziej do pracy. Zostało półtorej miesiąca, więc to ostatni dzwonek.

2017.01.21 Siedlce (POL) 10km – BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI ETAP IV – 52:12

dsc04382a16142560_1401860843178386_6137532339697641177_n.jpg

Zdjęcia: Paweł Pietruczanis

U Pana Bogdana – Etap III

      Kilka tygodni temu startując w II Etapie Biegów Górskich Bogdana Bali można było powiedzieć, że warunki były trudne. Tym razem poprzeczka została zawieszona jeszcze wyżej. Siedemnastostopniowy mróz i śnieg po kostki na tej bardzo trudnej i wymagajacej trasie to warunki naprawde ekstremalne. Mimo to kolejny etap tej imprzy przyciagnął blisko siedemdziesięciu najodważniejszych i najtwardszych śmiałków, którym nie straszny mróz. Szczerze mówiąc ciężko mi się było zmobilizować, aby wyjść z domu i pobiec. Najchętniej zostałbym w domu. Z drugiej strony nie mialem za bardzo wyjścia. Absencja na pierwszym etapie z powodu choroby sprawiła, że aby ukończyć cały cykl nie mogę już odpuścić żadnego biegu. Stanąłem więc na starcie i nie żałuję, bo nie było tak żle. Najgorzej było wystartować. Potem mróz nie był już tak dokuczliwy. Zacząłem bardzo spokojnie. Wiedziałem, że bieganie w tym wysokim śniegu mocno eksploatuje sily, których potem może zabraknąć  w drugiej połowie dystansu. Zresztą najważniejsze dla mnie było po prostu ukończenie. Każdy z podbiegów był ogromnym wyzwaniem. Na zbiegach także nie było szans na odpoczynek. Śliska oblodzona trasa sprawiała, że trzeba było momentami hamować by nie wylądować na jakimś okolicznym drzewie. Ostatecznie udało sie osiągnać metę. Czas raczej nie powala, ale trening w takich warunkach i satysfakcja z ukończenia? Bezcenne…

2017.01.07 Siedlce (POL) 10km – BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI ETAP III – 52:37

15941045_1107761936003494_2677444239047517891_n
Zdjęcie: Dariusz Sikorski

U Pana Bogdana – Etap II

      W tym roku swoją przygodę z bieganiem u Pana Bogdana zaczynam dopiero od drugiego etapu. Niestety dwa tygodnie temu z zawodów wykluczyła mnie grypa. Tym razem jednak stanąłem na starcie, choć pogoda jak przystało na połowę grudnia nie rozpieszczała. Mróz, do tego trudna oblodzona i zaśnieżona trasa to nie są idealne warunki do biegania. Mimo to zawsze jest to okazja do spotkania wielu biegowych przyjaciół, a panująca tam atmosfera zachęca do tych startów i z przyjemnością w nich uczestniczę.

a15578528_1090899581023063_2738471557825031550_na15541533_1090899451023076_3687182798928672341_n

      Tym razem o samym biegu będzie raczej krótko. Biorąc pod uwagę, fakt, że po ostatnim maratonie nastąpiło duże rozluźnienie treningowe, osłabienie po chorobie i nie do końca odpowiednie na te warunki obuwie na dobry wynik nie było co liczyć. Skupiłem się więc raczej na tym, aby to spokojnie przebiec. Inna sprawa, że na tej wymagającej, pofalowanej pełnej stromych podbiegów trasie nawet bieg na „pół gwizdka” bywa dość wymagający. Już od 4 km było ciężko. W tym roku w zasadzie w ogóle odpuściłem dystanse dziesięciokilometrowe. Choć starałem się zacząć wolno (5 minut na kilometr) to jednak nawet w takim tempie dawno nie biegałem, tym bardziej po lesie. To szybko dało o sobie znać. Męczyłem się mocno, zwłaszcza na podbiegach. Część trasy biegłem w kilkuosobowej grupie. Dopiero około 2 km do mety straciłem do niej trochę dystansu. Z tyłu bardzo długo nic. Starałem się złapać kilka głębszych oddechów na końcówkę by dogonić grupę rywali, niestety już mi się to nie udało. Na metę wbiegłem dość spokojnie. Już w domu z ciekawości zerknąłem jak wyglądały moje rezultaty w zeszłorocznej edycji i trochę się zdziwiłem. Okazało się bowiem, że mój dzisiejszy wynik w tym zestawieniu nie wygląda wcale najgorzej. Biorąc pod uwagę okoliczności i wszystkie czynniki trzeba być zadowolonym.

a15589581_1090899841023037_1603767252337336921_na15492091_1090899087689779_4423517689058777890_n

      Skoro dzisiejszy bieg był raczej bez historii i nie ma za bardzo czego relacjonować, to może jest to dobry czas i miejsce by podziękować Panu Bogdanowi Bali. Od kilku lat w sezonie zimowym w zasadzie zupełnie w pojedynkę organizuje On cykl imprez biegowych na ciekawych i wymagających leśnych trasach siedleckiego rezerwatu Gołobórz. Wyznacza trasy, obsługuje biuro zawodów, przygotowuje wyniki, zamawia medale, puchary i zajmuje się wieloma innymi elementami, które składają się na udaną imprezę sportową. Zawody te służą nie tylko popularyzacji sportu (z każdą edycją biegi te cieszą się coraz większym zainteresowaniem), ale są także okazją do miłego spędzania czasu.  Dziękujemy.

2016.12.17 Siedlce (POL) 10km – BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI ETAP II – 50:59

a15542040_1090899061023115_2322677580517686261_n

Zdjęcia: Dariusz Sikorski