U Pana Bogdana – Finał

      Przyszedł moment na ostateczne rozstrzygnięcia naszego zimowego biegania w zawodach Pana Bogdana. Choć generalnie w tegorocznej edycji szło mi dużo gorzej, niż poprzedniej byłem bardzo ciekaw swojego startu i wyniku w ostatnim etapie. Przez ostatnie trzy tygodnie trochę podkręciłem tempo i wziąłem się zdecydowanie mocniej za treningi chcąc się dobrze przygotować do marcowego półmaratonu. Zacząłem biegać w szybszym tempie, wplatając w to także elementy interwałowe. Miałem głęboką nadzieję, że choć do marcowego startu zostało jeszcze trzy tygodnie to jednak pewne efekty będzie widać już teraz. Planem było pobiec około dwóch minut szybciej niż ostatnio.

16683999_1139724026140618_3618401751506570310_n

      Pogoda w tej edycji nie była sprzymierzeńcem dobrych rezultatów. Poza pierwszym etapem wszystkie pozostałe odbywały się w zimowej mroźnej atmosferze i na mocno ośnieżonej trasie. Dziś było dokładnie tak samo. W tych trudnych warunkach zacząłem dość ostrożnie. Po kilku kilometrach postanowiłem przyspieszyć, udało się wyprzedzić kilka osób. Na podbiegach jak zwykle bywało ciężko, ale generalnie czułem się naprawdę dobrze. Nie tylko nie czułem żadnych kryzysów, ale wręcz odwrotnie, miałem wrażenie, że drzemią we mnie jeszcze pokłady energii. Biegłem dość szybko. Starałem sie nie tylko utrzymywać to tempo, ale momentami nawet przyspieszać by na mecie zameldować się z naprawdę dobrym czasem. Być może to mnie tym razem trochę zgubiło. Zbyt mocno skupiłem się na rezultacie, za mało na tym co dzieje się wokół mnie. W mocno zaśnieżonym lesie pomyliłem trasę. W punkcie gdzie oznaczony był ostatni kilometr zamiast skrecić w lewo zagapiłem się i po prostu pobiegłem prosto. Jakież było moje zdziwienie, gdy kilkaset metrów dalej wybiegłem w grupę osób, które wcześniej zostawiłem daleko z tyłu. Nie było sensu się już wracać. Poniesione straty były na tyle duże, że postanowiłem kontynuować bieg. Wyprzedziłem jeszcze kilkanaście osób, ale motywacja już zdecydowanie spadła i pojawiło się rozluźnienie. Samą końcówkę pobiegłem już spokojniej. Tylko ostatnie kilkaset metrów mocno przyspieszyłem i w końcu po wszystkich tych perypetiach i po przebiegnięciu blisko 12 km osiągnąłem metę.

16684200_1139729736140047_1220821579980039380_n

      No cóż. Bywa i tak. Pozostaje mi się po prostu uśmiechnąć. Na szczęście nie walczyłem o żadne wyższe cele, bo byłoby troszkę szkoda. A tak? Pobiegłem po prostu prawie dwa kilometry dodatkowego treningu. Za gapiostwo się płaci, w tym wypadku za karę musiałem jeszcze raz pokonać ten długi, najbardziej wymagający podbieg, który naprawde potrafi dać się we znaki. Szukając pozytywów mogę powiedzieć, że mimo wszystko ten bieg daje mi wiele optymizmu i z nadzieją mogę patrzeć w najbliższe tygodnie przed półmaratonem. Do szczytu formy jeszcze daleko, ale widać ogromny progres. Porównując poszczególne czasy i tempo wydaje się, że ostatnie cięższe treningi procentują i że gdyby nie przygody na trasie udałoby się osiągnać założony na starcie cel z nawiązką.

2017.02.12 Siedlce (POL) 10km – BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI ETAP V FINAŁ – 1:03:50

16640657_1139746776138343_961377215734759420_n16684315_1139755459470808_8905140203464100613_nZdjęcia: Dariusz Sikorski

U Pana Bogdana – Etap IV

      Minęły dwa tygodnie i przyszła pora na kolejny, czwarty już etap naszego siedleckiego biegania w zawodach Pana Bogdana. Tym razem warunki dużo lepsze. Mrozy odpuściły, tempretaura delikatnie powyżej zera, pogodnie, choć rano była jeszcze mała mżawka. Podobnie jak ostatnio specjalnych oczekiwań co do wyniku nie miałem. Mimo to wydawało mi się że powinienem pobiec dużo szybciej, niż dwa tygodnie temu. Co prawda nie czułem się dzisiaj rano najlepiej. Z drugiej strony warunki do biegania były dziś dużo lepsze.  Niska temperatura nie przeszkadzała już tak mocno, a i śniegu dużo mniej. Choć ciągle zalegał na trasie to jednak był on w dużej mierze odgarnięty, co sprawiało, że było łatwiej. Może właśnie dlatego podświadomie zacząłem mocniej, niż ostatnio. Szybko jednak moje tempo spadło. Już od czwartego kilometra mocno się męczyłem, a każdy podbieg był nie lada wyzwaniem. Pierwsza połowa przebiegnięta jeszcze w kilkuosobowej grupie. Druga pętla niemalże cała w samotności. To sprawiało, że musiałem bardzo uważać, by nie zgubić trasy. Było kilka momentów zawahania któredy pobiec, na szczęście udało się uniknąć większych przygód. Do tego spadła motywacja. Gdy biegniesz w towarzystwie łatwiej się zmobilizować do walki i bardziej wzmożonego wysiłku. W samotności momentami zaczyna tego brakować. Jeszcze tylko krótki finisz i meta. Czas 52:12. Pół minuty szybciej, niż dwa tygodni temu, ale myślałem, że będzie troszkę lepiej. Czasem zdarza się gorsze samopoczucie i dyspozycja, i to chyba spotkało mnie dzisiaj. Z drugiej strony nie ma się też co usprawiedliwiać. Prawda jest taka, że ostatnio troszkę sobie pofolgowałem z treningami szybkościowymi i wydolnościowymi, a jeśli zależy mi na dobrym wyniku na Malcie, a chyba mi zależy, to trzeba wziąć się jednak trochę bardziej do pracy. Zostało półtorej miesiąca, więc to ostatni dzwonek.

2017.01.21 Siedlce (POL) 10km – BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI ETAP IV – 52:12

dsc04382a16142560_1401860843178386_6137532339697641177_n.jpg

Zdjęcia: Paweł Pietruczanis

U Pana Bogdana – Etap III

      Kilka tygodni temu startując w II Etapie Biegów Górskich Bogdana Bali można było powiedzieć, że warunki były trudne. Tym razem poprzeczka została zawieszona jeszcze wyżej. Siedemnastostopniowy mróz i śnieg po kostki na tej bardzo trudnej i wymagajacej trasie to warunki naprawde ekstremalne. Mimo to kolejny etap tej imprzy przyciagnął blisko siedemdziesięciu najodważniejszych i najtwardszych śmiałków, którym nie straszny mróz. Szczerze mówiąc ciężko mi się było zmobilizować, aby wyjść z domu i pobiec. Najchętniej zostałbym w domu. Z drugiej strony nie mialem za bardzo wyjścia. Absencja na pierwszym etapie z powodu choroby sprawiła, że aby ukończyć cały cykl nie mogę już odpuścić żadnego biegu. Stanąłem więc na starcie i nie żałuję, bo nie było tak żle. Najgorzej było wystartować. Potem mróz nie był już tak dokuczliwy. Zacząłem bardzo spokojnie. Wiedziałem, że bieganie w tym wysokim śniegu mocno eksploatuje sily, których potem może zabraknąć  w drugiej połowie dystansu. Zresztą najważniejsze dla mnie było po prostu ukończenie. Każdy z podbiegów był ogromnym wyzwaniem. Na zbiegach także nie było szans na odpoczynek. Śliska oblodzona trasa sprawiała, że trzeba było momentami hamować by nie wylądować na jakimś okolicznym drzewie. Ostatecznie udało sie osiągnać metę. Czas raczej nie powala, ale trening w takich warunkach i satysfakcja z ukończenia? Bezcenne…

2017.01.07 Siedlce (POL) 10km – BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI ETAP III – 52:37

15941045_1107761936003494_2677444239047517891_n
Zdjęcie: Dariusz Sikorski

U Pana Bogdana – Etap II

      W tym roku swoją przygodę z bieganiem u Pana Bogdana zaczynam dopiero od drugiego etapu. Niestety dwa tygodnie temu z zawodów wykluczyła mnie grypa. Tym razem jednak stanąłem na starcie, choć pogoda jak przystało na połowę grudnia nie rozpieszczała. Mróz, do tego trudna oblodzona i zaśnieżona trasa to nie są idealne warunki do biegania. Mimo to zawsze jest to okazja do spotkania wielu biegowych przyjaciół, a panująca tam atmosfera zachęca do tych startów i z przyjemnością w nich uczestniczę.

a15578528_1090899581023063_2738471557825031550_na15541533_1090899451023076_3687182798928672341_n

      Tym razem o samym biegu będzie raczej krótko. Biorąc pod uwagę, fakt, że po ostatnim maratonie nastąpiło duże rozluźnienie treningowe, osłabienie po chorobie i nie do końca odpowiednie na te warunki obuwie na dobry wynik nie było co liczyć. Skupiłem się więc raczej na tym, aby to spokojnie przebiec. Inna sprawa, że na tej wymagającej, pofalowanej pełnej stromych podbiegów trasie nawet bieg na „pół gwizdka” bywa dość wymagający. Już od 4 km było ciężko. W tym roku w zasadzie w ogóle odpuściłem dystanse dziesięciokilometrowe. Choć starałem się zacząć wolno (5 minut na kilometr) to jednak nawet w takim tempie dawno nie biegałem, tym bardziej po lesie. To szybko dało o sobie znać. Męczyłem się mocno, zwłaszcza na podbiegach. Część trasy biegłem w kilkuosobowej grupie. Dopiero około 2 km do mety straciłem do niej trochę dystansu. Z tyłu bardzo długo nic. Starałem się złapać kilka głębszych oddechów na końcówkę by dogonić grupę rywali, niestety już mi się to nie udało. Na metę wbiegłem dość spokojnie. Już w domu z ciekawości zerknąłem jak wyglądały moje rezultaty w zeszłorocznej edycji i trochę się zdziwiłem. Okazało się bowiem, że mój dzisiejszy wynik w tym zestawieniu nie wygląda wcale najgorzej. Biorąc pod uwagę okoliczności i wszystkie czynniki trzeba być zadowolonym.

a15589581_1090899841023037_1603767252337336921_na15492091_1090899087689779_4423517689058777890_n

      Skoro dzisiejszy bieg był raczej bez historii i nie ma za bardzo czego relacjonować, to może jest to dobry czas i miejsce by podziękować Panu Bogdanowi Bali. Od kilku lat w sezonie zimowym w zasadzie zupełnie w pojedynkę organizuje On cykl imprez biegowych na ciekawych i wymagających leśnych trasach siedleckiego rezerwatu Gołobórz. Wyznacza trasy, obsługuje biuro zawodów, przygotowuje wyniki, zamawia medale, puchary i zajmuje się wieloma innymi elementami, które składają się na udaną imprezę sportową. Zawody te służą nie tylko popularyzacji sportu (z każdą edycją biegi te cieszą się coraz większym zainteresowaniem), ale są także okazją do miłego spędzania czasu.  Dziękujemy.

2016.12.17 Siedlce (POL) 10km – BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI ETAP II – 50:59

a15542040_1090899061023115_2322677580517686261_n

Zdjęcia: Dariusz Sikorski

Z Azji do Europy

      Od mojego szóstego maratonu w życiu mija prawie tydzień. Choć dopiero zaczynam pisać relację z tego biegu to już wiem, że będzie to najdłuższy wpis, jaki do tej pory pojawił się na tym blogu. Wiąże się z nim bowiem wiele emocji, wrażeń i wspomnień, które chciałbym utrwalić i którymi chciałem się tutaj z wszystkimi podzielić. Mam także nadzieję, że dla kogoś będzie to ogromną inspiracją do tego, by nie tylko odwiedzić to nadzwyczaj interesujące miasto, ale być może nawet przebiec w nim ten niepowtarzalny, wyjątkowy i jedyny na świecie taki maraton.

wp_20161113_09_56_35_pro

      To także mój szósty bieg zagraniczny. Były półmaratony w Brukseli, Wiedniu, Atenach, w międzyczasie był też bardzo wymagający i ważny dla mnie bieg na szczyt Monte Cassino we Włoszech.  W zeszłym roku pobiegłem swój pierwszy maraton zagraniczny w Budapeszcie i to właśnie po tym biegu w mej głowie pojawił się pomysł przebiegnięcia tego samego dystansu w Stambule. Szukałem nowego wyzwania, czegoś wyjątkowego, a maraton w tym mieście właśnie taki jest. To maraton, który zaczyna się na jednym kontynencie w Azji, a kończy na drugim w Europie. Na bieg zarejstrowałem się z dużym wyprzedzeniem już w styczniu. To najlepsza motywacja by zrealizować cel i doprowadzić swój plan do końca.  Niedługo potem załatwiłem większość formalności łącznie z lotem. Pozostało liczyć, że zdrowie dopisze, szlifować formę i odliczać czas do tego wydarzenia. Czasami miałem chwile drobnych wątpliwości czy dobrze robię i czy ryzyko nie jest zbyt duże. Lipcowa próba przewrotu, w której zginęły setki ludzi,  ataki terorystyczne, które od czasu do czasu zakłócają normalne życie w mieście oraz generalnie napięta sytuacja polityczna sprawiały, że czasami w mej glowie pojawiały się pewne obawy. Z drugiej strony miałem wrażenie, że po stłumieniu puczu podjęte środki ostrożności sprawiły, że poziom bezpieczeństwa w tym mieście znacznie się podniósł i paradoksalnie jest tam teraz bardziej spokojnie, niż było. Choć od tamtych dramatycznych wydarzeń minęło już kilka miesięcy to nawet dziś gdzie niegdzie można było zaobserwować opancerzone wozy policyjne i policjantów z długą bronią patrolujących ulice. Jeszcze bardziej widoczne jest to na lotnisku, gdzie trzeba poddać się licznym kontrolom.

wp_20161113_14_39_57_prowp_20161114_14_16_21_pro

      Do Stambułu przybyłem już w piątek i muszę przyznać, że od początku Stambuł nie był dla mnie zbyt łaskawy. Opóźniony lot, kłopoty z odnalezieniem bagażu, potem hostelu, taksówkarz, który licząc na moją niewiedzę usiłował namówić mnie na kurs i przekonać, że z miejsca w którym się znajdowaliśmy do hotelu jest 3 kilometry, a nie 400 metrów i aby się tam dostać koniecznie muszę użyć jego taksówki – to wszystko nie napawało optymizmem. Po kilku godzinach popytu w Stambule czułem się tym miastem już trochę zmęczony. Zmęczony, jakbym ten maraton już przebiegł. W hostelu na szczęście nie było już przykrych niespodzianek, choć ładnych kilka minut zajęło chlopakowi na recepcji potwierdzenie, że „tak, mój pokój jest i czeka na mnie”. Przez ten czas oczekiwania jego mina mówiła raczej „ooo, cholera, chyba mamy problem”. Podobnie, jak w przypadku innych dotychczasowych wyjazdowych biegów mogłem liczyć na bardzo międzynarodowe, egzotyczne towarzystwo w pokoju, tym razem w osobach Alexisa z Francji,  Cama, a właściwie Camerona z Kanady i kolegi z Japonii, którego imienia nie byłem w stanie powtórzyć już kilka minut po tym, jak mi się przedstawił. Każdy z nich pochodził z zupełnie innego zakątku świata, ale łączyło ich wszystkich podróżowanie i odkrywanie Europy. No i przez tych kilka dni Stambuł i ten nasz wspólny mały pokój.

wp_20161115_12_15_48_prowp_20161112_10_13_18_pro

      Sobota od rana bardzo intensywna. Wczesna pobudka i wyjazd po pakiet startowy. Ciężko jest się poruszać po Stambule. Niesamowite korki na ulicach i poczucie, że każdy chce Cię przejechać, gdy jesteś pieszym to wrażenia, których możesz tu doświadczyć. Po prawie półtoragodzinnym przeciskaniu się przez miasto udaje mi się w końcu dotrzeć do nowoczesnej hali sportowej Asli Çakir Alptekin, gdzie zlokalizowano Expo całej imprezy. Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie ono bardzo pozytywnie swoim rozmachem. Dzięki temu, że byłem tam jeszcze przed otwarciem udało mi się uniknąć kolejek i szybko po odbiorze pakietu mogłem w pełni skupić się na zwiedzaniu zlokalizowanych w hali stoisk, a przy okazji zrobić kilka pamiątkowych zdjęć. W międzyczasie porozmawiałem z jednym z tureckich biegaczy w średnim wieku, którego zainteresował fakt, iż jestem obcokrajowcem. Gdy dowiedział się że pochodzę z Polski łamaną angielszczyzną opowiedział mi o swoich dawnych polskich przyjaciołach z „Opol”…  znaczy się chyba z Opola, hmm? Po solidnej porcji darmowego makaronu, którego można się było najeść do woli i naładowaniu organizmu węglowodanami przyszła pora wracać do hostelu.

wp_20161112_11_30_43_prowp_20161112_10_29_09_pro

      Szybki prysznic, przebranie się i kolejny punkt na liście mojego pobytu w Stambule to jest spotkanie z moją szefową Havvą, która jest Turczynką i na codzień mieszka, żyje i pracuję w tym miescie. Osobiście widujemy się tylko kilka razy w roku. Tym razem pojawiła sie okazja na kolejne spotkanie, którą należało po prostu wykorzystać. Umówiliśmy się w bardzo malowniczej dzielnicy zwanej Bebek tuż nad Bosforem, gdzie zlokalizowano wiele pięknych i eleganckich restauracji i skąd można podziwiać piękne widoki na Bosfor i drugą azjatycką stronę miasta. Smaczny posiłek, spacer wzdłuż wybrzeża, rozmowa przy tradycyjnej tureckiej herbacie i pora wracać. Trzeba w końcu trochę odpocząć i przygotować się przed jutrzejszym biegiem.

wp_20161112_15_38_06_pro

      Dzień startu. Jeszcze nigdy przed biegiem nie wstawałem tak wcześnie. Nawet w Atenach, gdzie na start  Półmaratonu Posejdona musiałem przeciskać się z centrum na sam kraniec miasta nad morze mogłem pospać dłużej. Biorąc pod uwagę dwugodzinną różnicę względem polskiego czasu można powiedzieć, że na bieg musiałem wstać o 4 rano, a obudziłem się już nawet o 3:45. Generalnie w Stambule mialem problem ze snem. Podczas czterech nocy spędzonych w tym mieście, ani jednej nie spalem normalnie. Mimo to nie czulem w ogóle senności, ani zmęczenia. Tym razem obudził mnie deszcz, który od samego rana intensywnie lał się z tureckiego nieba. Nie była to dobra wiadomość. Prognozy zapowiadały na ten dzień ochłodzenie i byłem na to przygotowany, ale do tego opady? Choć lubię biegać w deszcz, to jednak w połączeniu z oczekiwanym chłodem i tak długim dystansem tym razem mogłaby się to dla mnie okazać ściana nie do przebicia.

wp_20161113_16_43_46_pro

      Gdy już dotarłem na legendarny plac Taksim podstawione tuż obok centrum kultury Ataturka zwanego „Ojcem Turków” autobusy zawiozły nas na drugą, azjatycką stronę Stambułu. Deszcz jakby zelżał. Zacząłem się przebierać. Brak zorganizowanej szatni sprawił, że każdy sam szukał dla siebie jakiegoś dogodnego miejsca. Ja rozłożyłem swoje rzeczy na ułożonej na poboczu „w kostkę” stercie przęseł siatkowego płotu.  Gdy po kolej zakladałem następne elementy swojego stroju nagle z koperty wysunął mi się chip i poprzez oczka siatki wylądował mniej więcej w środku ułożonej z tych przęseł kostki. Zdębiałem. Próbowałem podnieść metalowe elementy. Sam byłem w stanie unieść jedynie kilka z nich. Poprosiłem kogoś stojącego obok o pomoc. Po chwili spontanicznie w ratowanie mojego chipa zaangażowana była już solidna turecka ekipa. Udało się podnieść wszystkie potrzebne przęsła do tego, by wsunąć rękę i sięgnąć po moj chip. Ładnie podziękowałem za pomoc i mogłem odetchnąć z ulgą. „Uff. Pięknie się ten dzień zaczyna” – pomyślałem. „Miało być pogodnie, a pada, teraz to. W końcu mamy trzynastego. Cóż może się więc jeszcze wydarzyć? Wolę już nawet nie myśleć.”

wp_20161113_08_06_10_prowp_20161113_08_21_49_pro

      Nadeszła godzina 9:00, moment startu. Wielotysięczne morze biegaczy, którzy już za moment pobiegną na dystansach 42, 15, oraz 10 kilometrów, albo wykorzystają tą specjalną okazję i przemaszerują ośmiokilometrową trasą z jednego brzegu na drugi w ten jedyny w roku moment, gdy most jest otwarty dla ruchu pieszego. Nie miałem specjalnych oczekiwań co do wyniku. Bogaty o poprzednie doświadczenia już wiem, że życiówki mogę sobie bić w Warszawie, maratony i półmaratony zagraniczne to zupełnie inna historia. Zmęczenie podróżą, zwiedzaniem, nocowaniem w hostelu, często trudne trasy, mało sprzyjające warunki atmosferyczne – to wszystko sprawia, że poprzeczka jest ustawiona zdecydowanie dużo wyżej i potrzeba być w naprawdę dobrej dyspozycji, by powalczyć o rekord. Ja w takiej nie byłem na pewno. Poprawiona życiówka miesiąc temu na 38 Maratonie Warszawskim, sprawiła, że nastąpiło pewne rozprężenie, a słaba pogoda w ostatnich tygodniach także nie pomagała dobrze sie przygotować. Nie miałem też dużej potrzeby. W tym roku po Maratonie Warszawskim czułem się w pełni spełnionym maratończykiem i obiecałem sobie, że tym razem pobiegnę by cieszyć się bieganiem i swoim  pobytem w tym pięknym, zupełnie egzotycznym dla mnie mieście. Po prostu go przebiec w zdrowiu i z radością. Wynik schodził na dalszy plan.

wp_20161113_09_12_08_prowp_20161113_09_55_32_pro

      Pierwsze kilometry raczej spokojnie, udało mi się nawet zrobić wiele pięknych zdjęć z trasy. Deszcz przestał już padać, a z za chmur coraz śmielej wyglądało słońce. Biegło mi się bardzo dobrze. Z uśmiechem na twarzy i coraz większą ekscytacją minęliśmy stadion Besiktasu. Fanem tureckich zespołów nie jestem, ale dla kogoś, kto przez wiekszość życia pasjonował się piłką nożną i to był dla niego sport numer jeden, obiekty piłkarskie zawsze wzbudzają sentyment i zaintersowanie. Tuż obok po przeciwnej stronie ulicy przepiękny Pałac Dolmabahce. Pałac ten wybudowany w połowie XIX wieku był pierwszym pałacem w tym mieście w stylu europejskim. Z założenia miał sprawiać wrażenie na zagranicznych gościach, dlatego wzorowano go na Luwrze i Pałacu Buckingham.  Kilka kilometrów dalej mijamy Wieżę Galata, zwaną także Wieżą Chrystusa, wybudowaną w XIV wieku jako część fortyfikacji ówczesnej kolonii Genui. Pierwsze problemy pojawiły się koło siedemnastego kilometra. Komfort biegu znacznie sie obniżył, choć nie wzbudziło to we mnie większego niepokoju. Zwykle, nawet gdy biegnę tylko półmaraton jest to dla mnie trudny moment i okolice 16,17 kilometra znoszę nienajlepiej. Słońce zaczynało przygrzewać coraz mocniej. Skreciliśmy w stronę portu Yenikapi.

wp_20161113_10_49_01_prowp_20161113_09_54_41_pro

      Gdy minęliśmy półmetek rozpoczął się odcinek, który dał się chyba wszystkim najbardziej we znaki. Około 10 kilometrów wzdłuż wybrzeża pod górę i pod wiatr.  Co chwilę mijałem kolejnych biegaczy, którzy albo szli, albo próbując gdzieś na poboczu odnaleźć w sobie jeszcze odrobinę energii na dalszy bieg przeżywali swoje własne, osobiste dramaty. W pewnej chwili z naprzeciwka zauważyłem gest pozdrowienia jednego z biegaczy. Ropoznałem koszulkę Legii.  Już wiedziałem – Polak. Na mecie spotkaliśmy się ponownie, okazało się, że ma na imię Piotr. Słońce wbrew prognozom momentami przygrzewało naprawdę mocno. Zastanawiałem się, czy długi rękaw to był dobry pomysł na ten bieg.  Z drugiej strony od czasu do czasu wiatr wiał tak silnie, że cieszyłem się, że mam dodatkowe okrycie chroniące organizm przed chłodem. Czekałem tylko kiedy ten morderczy podbieg się skończy. Ściana na 30 kilometrze nabierała dla mnie zupełnie nowego znaczenia, choć ciągle miałem siły by kontynuować normalnie bieg. Wiedziałem, że muszę to przetrwać, a potem będzie już dużo łatwiej, bo po nawrocie czeka mnie przynajmniej tyle samo dystansu z wiatrem w plecy. W końcu nadszedł ten moment. I rzeczywiście. Po nawrocie biegło się dużo łatwiej, choć jak na złość wiatr jakby się uspokoił. Od 32 kilometra zaczęły mnie łapać skurcze w lewą nogę. Od 35 co chwilę łapały mnie już w obie. Było już naprawdę ciężko. Myśl, która pojawiła się z godzinę wcześniej, by może jednak powalczyć o poprawę zeszłorocznego wyniku z Budapesztu się oddalała, by w końcu zupełnie zniknąć. Liczyłem bogaty o doświadczenia z wielu biegów, że może końcówka będzie z górki i wtedy będzie już dużo latwiej. Czekałem na ten moment. Tym razem było jednak zupełnie inaczej. Ostatnie dwa kilometry to mocne mordercze podbiegi. Chyba tylko świadomość, że już za chwilę meta i ten bieg się skończy pozwalała mi przetrwać, dodawała energii i chęci na kontynuowanie biegu. Przebiegliśmy przez Park Gulhane. Podobno to właśnie tutaj w 1928 roku Ataturk przedstawił po raz pierwszy, jak wkrótce będą wyglądały litery alfabetu tureckiego, o czym informowały ówczesne gazety, pisane jeszcze literami osmańskimi.

wp_20161113_13_31_14_pro

      Wśród publiczności usłyszałem polski doping. Młody chłopak widząc polskiego orła na mojej koszulce próbował dodać mi otuchy. To był jedyny polski kibic, jakego wypatrzyłem na trasie całego maratonu, ale jego doping pojawił się chyba w najlepszym możliwym dla mnie momencie. Uśmiechnąłem się do niego skinając głową. Chwilę potem turecki kibic krzyknął po angielsku, że zostało mi już tylko 400 metrów. Przyspieszyłem więc mocno. Na finiszu zawsze są siły cokolwiek by się nie działo chwilę wcześniej. Wyprzedziłem jeszcze kilku zawodników na ostatniej prostej i w końcu minąłem metę zlokalizowaną na Hippodromie, miejscu spotkań i sportowych zmagań starożytnych Rzymian, Bizancjum oraz obywateli Imperium Osmańskiego, tuż między Błękitnym Meczetem, a Egipskim Obeliskiem.

wp_20161113_15_02_46_prowp_20161113_14_28_10_pro

      Potwornie zmęczony, jeszcze bardziej szczęśliwy chwilę musiałem odetchnąć by dojść do siebie. Siedząc na trawie w głębi serca przeżywałem jeszcze momenty tego biegu. Gdy już trochę odpocząłem i miałem się już powoli zbierać się do hostelu nagle niespodziewanie natknąłem się na swojego kolegę z pokoju – Cama, który wraz z parą naszych australijskich sąsiadów z pokoju obok pojawili się na mecie maratonu podczas zwiedzania stambulskich zabytków. Teoretycznie zwiedzanie to byl mój plan dopiero na następny dzień, ale korzystając z tego spotkania oraz faktu, że jestem w najpiękniejszych miejscach Stambułu postanowiłem kontynuować zwiedzanie z wraz z grupą znajomych. Nogi trochę bolały, ale generalnie czułem się już dobrze. Odwiedziliśmy Meczet Sultanahmet, chwilę potem muzeum Haghia Sophia. To w przeszłości świątynia chrześcijańska, potem meczet. Budynek uważany za najwspanialszy obiekt architektury i budownictwa całego pierwszego tysiąclecia naszej ery. Była to najwyższa rangą świątynia w Cesarstwie Bizantyjskim, katedra patriarsza oraz miejsce modłów i koronacji cesarzy. Nazwa znaczy dosłownie „Boża Mądrość” i odnosi się do jednego z atrybutów Boga. Do hostelu wróciliśmy na piechotę. Rozpierała mnie radość, ale i duma, które przyćmiewały zmęczenie. To był bez wątpienia najtrudniejszy, ale i najbardziej interesujący maraton, z tych które dotychczas udało mi się przebiec.

wp_20161113_14_47_44_prowp_20161113_14_48_42_pro

      Poniedziałek, tak jak planowałem to dzień poświecony na zwiedzanie. Nie czułem dużego zmęczenia.  Nogi też wydawały się już być w porządku. Po kilku dniach popytu w tym mieście w końcu je pokochałem, nauczyłem się także po nim poruszać. Niestraszne mi już były ogromne  odległości, korki, gwar, hałas, niesamowite tempo. Jeszcze raz miałem możliwość zobaczyć wiele z  tych miejsc, ktore widziałem w biegu popdrzedniego dnia.  Tym razem już na spokojnie, bez pośpiechu. Udało mi się też dotrzeć na legendarny Grand Bazar, jeden z największych tego typu obiektów w Turcji. Wtorek, ostatni dzień pobytu to czas rozstania ze Stambułem. Jeszcze tylko pożegnalne pamiątkowe zdjęcie z legendarnego Taksim Square, na którym akurat odbywały się jakieś uroczystości państwowe wraz z wojskową orkiestrą, trochę pamiątkowych zakupów i można powoli kierować się w stronę lotniska. Czas powiedzieć do widzenia Turcjo… hoşça kal. To była naprawdę wspaniała przygoda i momenty, ktore na zawsze zostaną w mojej pamięci.

2016.11.13 Stambuł (TUR) Maraton – 38 VODAFONE EURASIA ISTANBUL MARATHON – 4:17:47

wp_20161115_10_49_58_pro

Więcej zdjęć: